Adrianna Dębowska i Paweł Jakończuk w Brukseli - II Liceum Ogólnokształcące z BJN im. Bronisława Taraszkiewicza w Bielsku Podlaskim 

Adrianna Dębowska i Paweł Jakończuk w Brukseli
poniedziałek, 11 kwietnia 2011 roku
Dodał: Paweł Jakończuk
Kategoria: Osiągnięcia  


Nasi uczniowie, Adrianna Dębowska i Paweł Jakończuk odwiedzili w marcu stolicę Belgii, Brukselę. Wizyty były nagrodą w konkursach - Adrianna została laureatką regionalną ogólnopolskiego konkursu na esej zorganizowanego przez Instytut Obywatelski pt.: „Tu mieszkam, tu działam”, a Paweł laureatem VIII Ogólnopolskiego Konkursu "Polska w NATO". Poniżej znajdują się relacje z wyjazdów.


Adrianna Dębowska

12. marca, moje osiemnaste urodziny (sobota), godzina 12.00 Wyjechałam spóźnionym o godzinę autokarem z Białegostoku. Nic nie zapowiadało się dobrze. Autokar nie był wyposażony jak na tak daleką 30-godziną podróż, niskie siedzenia, nieczynna toaleta. Wyjechałam natomiast z dobrym humorem, nadzieją na udaną przygodę i piękną pogodę w Belgii. Jechaliśmy naszymi polskimi ”drogami” zbierając w Ełku, Olsztynie, Elblągu oraz Poznaniu poszczególnych uczestników wyjazdu. W końcu autokar przewiózł wpierw przez niemiecką, następnie holenderską i belgijską około 45 osób. Przyjechaliśmy do miejsca naszego zakwaterowania o godzinie 15. Mieszkaliśmy w Jeugdherberg De Blauwput, The Leuven Hotel w Leuven, czyli po prostu hostelu. Po kolacji udałam się z nowo poznanymi osobami na zwiedzanie miasta. Piękne, stare studenckie miasteczko, gdzie nie mogłam odróżnić ratusza od pozostałych czterech kościołów. Wszystko tak samo urzekające, strzeliste, i przytłaczające swoją wielkością. Na ulicach słychać było francuski, czy flamandzki. Miałam wrażenie, że chodzę po uliczkach Paryża a nie belgijskiej miejscowości. Leuven posiada cudowny stary rynek, z 36 barami i podobno najdłuższym barem w Europie. Nie znaleźliśmy go niestety. Wróciłam w deszczu do hotelu, i zasnęłam na piętrowym łózku, z którego rano mało nie spadłam.

Następnego dnia czekała mnie podróż do Brukseli. Tam mieliśmy zwiedzić Parlament Europejski oraz poznać Krzysztofa Liska, posła do Parlamentu Europejskiego W czasie drogi, zachwycałam się rosnącymi na trawnikach żonkilami i krokusami. Różnokolorowe dywany. Z okna widziałam centrum Brukseli, nowoczesne biurowce, śpieszących się ludzi. W Parlamencie przechodząc przez zabezpieczenia oglądałam główny hol, oraz salę obrad. Następnie zostaliśmy zapoznani z funkcjami tej instytucji. Potem o swojej pracy opowiedział K. Lisek. Zadawaliśmy pytania, niektórzy dowiedzieli się wiele ciekawych rzeczy. Ja np. byłam zaskoczona ile pieniędzy wydaje się na przenoszenie posłów z Brukseli na sesje plenarne do Strasburga, i jak ogromna jest to liczba osób i ton dokumentów. Po obiedzie w stołówce Parlamentu i dalszym jego poznawaniu udaliśmy się autokarem do Gandawy. Jest to turystyczne miasto, słynie miedzy innymi z Uniwersytetu Genta, katedry Św. Bawona, oraz Biblioteki Uniwersyteckiej. Sklepiki z czekoladkami, pralinki w oknach to to czego brakuje nam w naszym mieście. Nie mogłam powstrzymywać się żeby nie zaglądać w okna kawiarenek, domów i sklepików z dziwnymi wyszytymi poduszkami w zbyt słodkie psiaki. Przewodnik oprowadzał nas po zakamarkach Gandawy. Potem wyjechaliśmy do Brugii. Jest to tak zwana „Flamandzka Wenecja”. Wysiadając z autobusu ujrzałam duży plac z ustawionymi flagami oraz nowoczesnym budynkiem i dziwnym pomnikiem z fontanną. Niezbyt przypadło mi to do gustu. Jednak przewodnik zaprowadziła nas na stary rynek Brugii. Moje oczekiwania co do niej zostały spełnione. Znowu dużo strzelistych budynków, obok małe sklepiki z belgijskimi pamiątkami. Wszystko w czerwonej cegle i dachówce. Dzięki temu razem tworzyło to swoisty, niepowtarzalny klimat. Mieliśmy dla siebie trochę wolnego czasu. Lubię sama poznawać stare miasta, bez przewodników, wtedy wszystko wydaję się być bardziej tajemnicze. Na ulicach pełno ludzi o różnych, egzotycznych kolorach skóry. Było bardzo ciepło, niektórzy mieszkańcy chodzili ubrani w koszulki z krótkimi rękawkami i spodenki. Możemy im teraz pozazdrościć. U nich zimą tylko przez trzy dni było najwięcej -15 stopni. Na drzewach już zielone liście i wszędzie krzewy żółtej forsycji. Podobało mi się jak Belgowie potrafią melodyjnie rozmawiać po angielsku. Arabscy kupcy, Murzynki na rowerach „holendrach” niespotykany widok. W ogóle wszędzie pełno rowerów. Czasem miałam wrażenie, że zaraz mnie ktoś potrąci. Dba się tam o środowisko, ceni zieleń. Nigdzie nie widziałam papierków na chodnikach. Nawet mają tam parkingi dla rowerów. Przy hostelu był właśnie taki. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Było ich tam być może tysiące. Z Gandawy wróciliśmy późną porą. Jeszcze spacerowałam tam po północy. Było jeszcze bardziej tajemniczo niż za dnia.

We wtorek naszym celem była zabytkowa Bruksela. Mieliśmy mało czasu, przez spóźnienie pani przewodnik. To jeszcze bardziej potwierdziło moje przekonanie, że lepiej się zwiedza samemu. W sumie cały czas byliśmy pospieszani. Jednak ja biegałam z aparatem jak Japończyk fotografując wszystko, co się da. Byliśmy w muzeum wojskowości prowadzonym przez wolontariuszy. Podziwiałam panoramę miasta z Łuku Triumfalnego znajdującego się w Parku Pięćdziesięciolecia. Byłam zaskoczona gdy w parku na drzewach zauważyłam siedzące zielone papugi, które głośno dawały o sobie znać. Gdy coraz bardziej zbliżaliśmy się na rynek pojawiało się więcej turystów i cudzoziemców. W tej starej Brukseli od razu się zakochałam. Wąskie kamieniczki, strzeliste kościoły i ratusz. Arkady, łuki, zdobione fasady. Jedynie z tym rynkiem może konkurować nasz krakowski. Widziałam znany na całym świecie jako jeden z symboli miasta, Manneken Pis, czyli figurkę siusiającego chłopca. W wolnym czasie, przechadzałam się jeszcze węższymi uliczkami, gdzie restauratorzy, kelnerzy witali miło: Bonjour Mademoiselle, Bonjour Madam. Czułam się wyjątkowo, francuski sen.

Tego dnia niestety miałam wracać już do Polski. Znowu męcząca podróż. Nie zapomnę jednak tych widoków rodem z pocztówek. Miłych interesujących ludzi. W wiele miejsc pragnęłabym wrócić, ale wiem, że raczej nie będzie mi to dane. Miałam wspaniałą okazję na poznanie czegoś nowego, w jakiś sposób egzotycznego dla mnie. Nieziemskie belgijskie pralinki - za tym najbardziej będę tęsknić.


Paweł Jakończuk

Warszawa – Bruksela – Warszawa, czyli wizyta studyjna w Kwaterze Głównej NATO

Po ponad dwóch miesiącach od finału konkursu „Polska w NATO” przyszedł czas na odbiór nagrody głównej – wizyty studyjnej w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli i Naczelnym Dowództwie Połączonych Sił Zbrojnych NATO w Europie pod Mons.

Do Belgii mieliśmy dotrzeć samolotem. Na miejsce zbiórki wyznaczono lotnisko Okęcie, cała ósemka uczestników stawiła się o czasie. Odprawa przebiegła zaskakująco gładko, nie było kolejek, ani problemów z ochroną. Nieco później znaleźliśmy się w naszym Boeingu 737 i pokołowaliśmy na pas 33. Po kilkunastu minutach oczekiwania powoli rozpoczynamy rozbieg. Był to mój pierwszy lot, ale wszelkie obawy były niepotrzebne – bardzo przyjemny start , spokojny lot i gładkie lądowanie. Bruksela przywitała nas maratonem przez niekończący się port lotniczy. Do hotelu dotarliśmy po 23:00. Nie pozostało nic innego, jak wyspać się przed kolejnym dniem. O 10:00 mieliśmy być gotowi do wyjścia. Obudziłem się przed szóstą i zwyczajnie się nudziłem. Na szczęście w pokoju był telewizor, na nieszczęście niemal wszystkie kanały były francuskojęzyczne. Udało się jednak znaleźć coś w miarę zrozumiałego – telewizję BBC. Z wyjazdem pokryły się trzęsienie ziemi, tsunami i awaria elektrowni jądrowej Fukushima I w Japonii oraz walki w Libii. Tematy te całkowicie zdominowały poranny blok informacyjny, ale z drugiej strony nie było wiadomości o niezwykłych właściwościach popularnego drinka czy plakatach straszących ludzi końcem świata. Jak przystało na turystów, wyszliśmy zwiedzać miasto. Pierwszym przystankiem był Grand Place, historyczne centrum miasta. Hotel, w którym nocowaliśmy, znajduje się na starówce, około 50 metrów od rzeczonego placu. Po godzinnej podróży metrem stanęliśmy przed słynnym Atomium. Zbudowany z okazji Expo 1958, 103-metrowy model kryształu żelaza robi wrażenie. Przed Zamkiem Królewskim Laeken pani przewodnik i opiekun w jednej osobie powiedziała, że dzięki wcześniejszej rezerwacji byłoby możliwe spotkanie z samym królem Belgów. Poza tym odwiedziliśmy Pawilon Chiński, Katedrę św. Michała i św. Guduli z pięknymi witrażami oraz siedzibę Parlamentu Europejskiego. Przed katedrą miła dla oka niespodzianka - trawnik niebieski od kwitnących krokusów. Po powrocie do hotelu zostało kilka godzin „czasu wolnego”. Na początku wybraliśmy się do miłej, greckiej knajpki. Kelner, słysząc nieznany język, spytał, skąd jesteśmy.
-Poland.
-A, Poland! Dżen dobry!
Starówka jest piękna. Wąskie uliczki, stare kamienice, dziesiątki cukierni, sklepów z pamiątkami i restauracji. Wszędzie tłumy turystów (niekoniecznie trzeźwych, cichych i kulturalnych), imigrantów i kelnerów reklamujących menu swoje lokale. Gdzie nie spojrzeć, widok ten sam. Kilka razy udało się zgubić 100 metrów i 3 ulice od hotelu.

Dzień drugi – Kwatera Główna Sojuszu. Cały czas przebywaliśmy w budynku przedstawicielstwa Czech, Polski i Węgier. Na tym punkcie programu nieco się zawiodłem - briefingi od 10:00 do 17:00 w pokoju o wdzięcznej nazwie Martino, przerwa na kawę i wystawny lunch w restauracji. Lata nauki angielskiego nareszcie się na przydały, 5 z 7 tematów wyłożono w języku angielskim. Spotkaliśmy się też z ambasadorem Bogusławem Winidem, Stałym Przedstawicielem Polski przy NATO. Generał Zdzisław Antczak nie dotarł na ostatnie w planach spotkanie, został wezwany na pilną naradę w sprawie rozwijającej się wówczas sytuacji w Libii. Na koniec wpuszczono nas do studia telewizyjnego, w którym nagrywa się m. in. wystąpienia Sekretarza Generalnego Sojuszu. Każdy otrzymał też torbę pełną firmowych długopisów, notatników, książeczek, ulotek, płyt, Przeglądów NATO i tym podobnych. Znalazło się nawet miejsce dla parasola, latarki i pendrive'a (także firmowych).

Ostatniego dnia zawitaliśmy do SHAPE, siedziby Naczelnego Dowództwa Połączonych Sił Zbrojnych NATO w Europie. Kompleks znajduje się pod Mons, 70 kilometrów na południe od Brukseli. Baza została zbudowana w „amerykańskim” stylu – jest w miarę jawna i częściowo otwarta dla zwiedzających. W rzeczywistości jest 9-tysięcznym miasteczkiem o powierzchni 200 ha, z własną przychodnią, posterunkiem policji i żandarmerii wojskowej, supermarketem, szkołą z czternastoma oddziałami językowymi, a nawet kodem pocztowym i nazwami ulic. Za budynkami wojska znajduje się spore osiedle dla pracowników i ich rodzin. Także tutaj nie obyło się bez briefingów, ale najciekawszy był panel dyskusyjny – głównie na temat przydatności polskich i amerykańskich pojazdów w Afganistanie, awaryjności F-16 naszych sił powietrznych i planach wobec Libii. Miło jest czasem posłuchać rzeczy, o których w mediach nie ma ani słowa. Co ciekawe, zarówno Kwatera Główna, jak i SHAPE są ochraniane przez cywilną firmę. Powód jest bardzo prosty, cywilna ochrona jest tańsza od wojskowej. W drodze na lotnisko zahaczyliśmy o słynne Waterloo, miejsce ostatniej bitwy Napoleona. Tym razem przy odprawie bagażowej nie było tak różowo. Kolejka była ogromna, wystąpiły drobne problemy podczas prześwietlania bagażu – ochronie nie spodobały się metalowe herby, które dostaliśmy od Ambasadora Polski przy NATO. Tuż przed wejściem na pokład samolotu udało się porozmawiać z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Lądowanie w Warszawie było jak przejażdżka na karuzeli, silny boczny wiatr zapewnił co bardziej bojaźliwym pasażerom mocne wrażenia. Po trzech godzinach snu w Centrum Szkoleniowym ORE w Sulejówku i powrocie do domu mogłem zacząć dochodzić do siebie.

Różnice w rozwoju między Polską, a Belgią widać niemal na każdym kroku. Wszystko jest czyste i zadbane, a na ulicach niewiele jest samochodów starszych niż 5-letnie. Najbardziej dobitny przykład to tablica na autostradzie informująca o „zniszczonej nawierzchni” na odcinku 3 kilometrów. „Zniszczona nawierzchnia” to pięć łat, lekko przetarte pasy i ledwie widoczne koleiny. Gdyby nasze drogi były tak zniszczone...

Wieczorem na starówce można spotkać niemal każdego, od czarnoskórych po Azjatów. Jest też wiele polskich akcentów. Od dwóch jegomościów siedzących na ławce z puszkami Żubra w ręku dało się słyszeć znajomą łacinę. W sklepiku niedaleko hotelu obok doskonałej belgijskiej czekolady i belgijskiego piwa stały Lechy, Żywce i wspomniane Żubry. Brukselska Polonia musi być dość liczną grupą. Do refleksji zmusza zderzenie dwóch światów: dobrobytu i biedy. Bezdomni żebrzący na pięknych ulicach starówki są częstym i bardzo smutnym widokiem.

Świat naprawdę jest dziś mały. W owym sklepiku pracuje pewien młody Hindus, który przez 3 lata studiował w Białymstoku. Zna angielski, włoski, hiszpański i francuski, polski zdążył już niemal zapomnieć. W Polsce żyło mu się dobrze, ale kiedy rok temu osiadł w Belgii, zaczęło być ciężko. Poza tym, jedna ze stażystek pracująca w Kwaterze Głównej NATO urodziła się w naszym wspaniałym Bielsku.

Co się nie podobało? Chyba tylko brak spotkania z Sekretarzem Generalnym Sojuszu, zbyt krótki pobyt i nocne przeloty uniemożliwiające oglądanie ziemi z wysokości 11 000 metrów. Ktoś na pewno zapyta, czy było warto poświęcić czas i energię na konkurs, który nie jest olimpiadą. Było, i to mimo zaległości, ogromnej masy materiału do opanowania, chronicznego braku czasu i lekkiego pogorszenia wyników w nauce. Wiedza zdobyta podczas przygotowań pozwala też lepiej orientować się w obecnej sytuacji na świecie i bardziej świadomie odczytywać treść informacji w mediach. Niemniej jednak, zaliczona matura z WOSu czy historii bardzo by się przydała.

Zdjęcia

fot. Paweł Jakończuk



Wstecz